W średniej wielkości pokoju, pod osłoną panującego mroku, naprzeciw okna stała wysoka, szczupła postać. Jej ramiona podparte na parapecie wydawały się być silniejsze i o wiele bardziej muskularniejsze niż kiedyś. Głęboki oddech brzmiał pośród wszechogarniającej ciszy. Widok za szybą ukazywał przydomowe podwórko, ulicę i mieszkania sąsiadów. Oblicze owej postaci przyćmiewał półmrok, tym samym trudny do rozszyfrowania były rysy jej twarzy. Myślał. Do jego pokoju nie dobijały się już rażące promienie słońca, co go w głębi duszy ucieszyło. Lubił taki klimat, choć sam dokładnie nie wiedział z jakiego powodu. Byćmoże odnajdywał w nim pewien spokój - łatwiej było mu się skupić, zebrać myśli. Ostatnimi czasy bowiem przeżywał niełatwe chwile w swoim życiu. Wiele emocji kotłowało się w jego szczupłym ciele.
Spokane, Washington. Mury tego miasta otaczają mnie zewsząd. Jego zapach wciąż jest mi trochę obcy, choć czasami wydaje się całkiem fajne. Z każdym dniem odczuwam wstręt. Może nie tyle do samego Spokane, bo w sumie nie zdążyłem jeszcze go dobrze poznać, ale do sytuacji, które mają w nim miejsce... a może raczej do swojego życia. Wszystko, co kocham szlag trafia i nikt nie powie mi, że jest inaczej.
Jego rozmyślania przerwał odgłos pracującego silnika. Znał go dobrze. I ten pieprzony pisk opon!
Przyjechali - pomyślał. Mam nadzieję, że nie będzie u nas nocować.
Wsunął nogi pod kołdrę i odwrócił się plecami do drzwi. W wypadku gdyby ktoś wszedł, udawałby, że śpi. Nabyty odruch ze wczesnego dzieciństwa. Stosował tę metodę, kiedy mieszkał jeszcze w Bostonie. Z Massachusetts przeprowadził się z ojcem i matką jako dzieciak. Choć miał wtedy niespełna cztery lata, pamiętał, kiedy ojciec droczył się z nim, bawił, a później niósł zmęczonego do łóżka. Jednak trudno było mu przypomnieć sobie jego twarz. Odszedł, kiedy chłopak miał zaledwie cztery lata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz